Po śmierci matki i odejściu ojca nie wychodziłam z jaskini. Leżałam w łóżku i płakałam. Nie spałam ani nie jadłam,tylko siedziałam sama w domu. W końcu przy jaskini zapukał Niall. -Proszę!-Powiedziałam żeby wszedł.
-Po co przyszedłeś?-Zapytałam ocierając łzy.
-Martwię się o ciebie i twoje siostry też.
-Niepotrzebnie.-Spuściłam łeb w dół.
-Nie sądzę. Cały czas tylko siedzisz w jaskini. Nic nie jesz i nie pijesz. Nie sypiasz. Jak mam się nie martwić? Słuchaj. Należy spojrzeć w przód. Jeśli cały czas będziesz patrzeć w tył ominie cię coś ważnego.-Podniósł mój łeb łapą.
-Łatwo ci mówić.
-Ja straciłem rodzinę,znajomych,a nawet planetę-mój dom więc wiem co mówię-Usiadł.
-Dobra. Wyjdę.-Po tych słowach poszłam do wyjścia. On za mną. Chodziliśmy razem po watasze. On próbował mnie rozbawić jednak na próżno. Kiedy nie patrzył wymknęłam mu się i poleciałam do samotnego zaułku i położyłam się tak,że prawie pyskiem dotykałam wody i znów zaczęły lecieć mi łzy. Jedna z nich wpadła do wody,a tam ukazało się coś. W tej chwili przybiegł Niall.
<Niall co to było?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz